czwartek, 9 maja 2013

Karmienie piersią. Perspektywy biokulturowe (Breastfeeding: Biocultural Perspectives), cz. 1


Patricia Stuart-Macadam, Katherine A. Dettwyler (eds.)
Breastfeeding. Biocultural Perspectives
Piscataway: Aldine Transaction, 1995


Czy karmienie piersią ma jakieś znaczenie dla społeczeństwa? Czy też jest to sprawa jedynie prywatna? Uważa się ją za naturalną, modną, ekologiczną, prozdrowotną, intymną, wstydliwą, obsceniczną. Chyba najrzadziej jako neutralną. O tym, jakie korzyści przynosi karmienie matce i niemowlęciu, jak wpływa na wskaźniki epidemiologiczne i jaki jest społeczny odbiór kobiecych piersi, piszą autorzy artykułów zebranych przez dwie antropolożki Patricię Stuart-Macadam i Katherine A. Dettwyler w książce Karmienie piersią. Perspektywy biokulturowe (Breastfeeding: Biocultural Perspectives). Autorami tekstów są, oprócz antropologów, historycy, lekarze, a nawet jeden zoolog, stąd wielość perspektyw i tematów, takich jak: wpływ środowiska na decyzje dotyczące żywienia niemowląt czy związek laktacji z rakiem piersi, zespołem nagłej śmierci niemowląt lub niepłodnością poporodową.

Karmienie piersią. Perspektywy biokulturowe jest warte polecenia wszystkim dociekliwym, którym nie wystarczają przypadkowe porady na forach internetowych. Znajdują się tutaj obszerne bibliografie i omówienia badań naukowych z ostatniego półwiecza. Książka ma charakter akademicki, dlatego prezentowane tezy zostały poparte listą potwierdzających je publikacji. Towarzyszy temu nie najłatwiejszy język, z pewnością nieprzypominający tego używanego w popularnych podręcznikach dla rodziców.

Karmienie piersią. Perspektywy biokulturowe wyszło w 1995 roku i odzwierciedla ówczesny stan wiedzy. Trzeba zatem pamiętać, że w ciągu 18 lat sporo się zmieniło.


Na jak długie karmienie zaprogramowała nas natura?
Na podstawie: Katherine A. Dettwyler, The Hominid Blueprint for the Natural Age of Weaning in Modern Human Populations, s. 39-74.
 
http://www.ilithyiainspired.com/2012/05/breastfeeding-4-year-old.html

Kiedy dziecko jest gotowe, żeby je odstawić od piersi? Prawdopodobnie lepiej je samo o to zapytać, posłuchajmy jednak, co i antropologowie mają do powiedzenia.

Badania ssaków naczelnych (oprócz ludzi) wskazują na wiek między 2,5 a 7 rokiem życia. W kulturach tradycyjnych karmi się dziecko najczęściej od 2 do 4 lat. W Stanach Zjednoczonych znacznie poniżej jednego roku. Zanotowany przez badaczy przypadek najdłuższego karmienia piersią dotyczył dziecka, które miało 15 lat.


Na jakiej podstawie określa się wiek, w którym dzieci powinny być odstawione?
Na podstawie: Katherine A. Dettwyler, The Hominid Blueprint for the Natural Age of Weaning in Modern Human Populations, s. 39-74.

http://doublethink.us.com/paala/tag/facebook-nurse-in/

Niektórzy mówią, że takim momentem jest potrojenie przez dziecko masy urodzeniowej (około roku) albo 9. miesiąc życia (tyle, ile trwa ciąża). Te wskazania nie są jednak poparte przekonującymi argumentami. Antropolodzy proponują zasadę czterokrotnego zwiększenia masy urodzeniowej albo sześciokrotność okresu ciąży. Inne wskaźniki określają wiek odstawienia na osiągnięcie jednej trzeciej masy dorosłego człowieka albo wyrżnięcie się pierwszego stałego zęba trzonowego.

środa, 1 maja 2013

Dziecko z bliska. Zbuduj szczęśliwą relację



Agnieszka Stein

Dziecko z bliska. Zbuduj szczęśliwą relację
Warszawa: mamania, 2012


Termin „rodzicielstwo bliskości” robi zawrotną karierę. Zazwyczaj kojarzy się je z kilkoma wskazaniami dotyczącymi opieki nad niemowlęciem i małym dzieckiem:
  • karmieniem piersią na żądanie,
  • spaniem z dzieckiem w jednym łóżku,
  • niezostawianiem dziecka do „wypłakania się”,
  • częstym noszeniem dziecka.
To wszystko można znaleźć w książce Agnieszki Stein, ale nie w formie garści rzuconych rodzicom porad. Autorka psychologicznie je motywuje i umieszcza w kontekście relacji miedzy dzieckiem a rodzicem.

Agnieszka Stein opisuje rodzicielstwo jako wielką przygodę, w której zadaniem rodzica jest zbudować dobrą relację ze swoim dzieckiem, pomóc mu oswoić emocje i wspierać w rozwoju. Mogłoby się wydawać, że to wszystko znajdziemy też w setkach innych psychologicznych poradników dla rodziców. Wystarczy jednak otworzyć książkę, żeby dowiedzieć się, że kary (i nagrody) są niepotrzebne i wręcz szkodliwe (przeczytać coś takiego w kontekście tej całej dyskusji o wyższości karnego jeżyka nad zakazem telewizji!), powtarzanie nie, nie rusz, nie wolno, uważaj to ograniczanie samodzielnych wyborów dziecka, a stosowane powszechnie strategie wychowawcze to zatruwanie dzieciom życia, z którego większość rodziców z ulgą by zrezygnowała.

Dziecko z bliska zawiera wiele mądrych i inspirujących uwag o relacji rodzic-dziecko. Wybrałam jedynie kilka z nich:

  • Małe dziecko ma potrzebę autonomii i bardzo mało okazji do jej zaspokajania. Warto więc pozwolić mu decydować o sobie (np. w wyborze jedzenia, ubrania).
  • Należy uszanować własne granice dziecka, zanim zacznie się jakieś mu stawiać.
  • Naturalnym środowiskiem dla dziecka i rodziców jest struktura podobna do struktury plemienia. Warto zatem stworzyć grono znajomych (dorosłych i dzieci), z którymi można utrzymywać regularne kontakty.
  • Dziecko rodzi się bez umiejętności radzenia sobie ze swoimi emocjami i musi nabyć tę umiejętność w trakcie rozwoju, co czasem przypomina uczenie się kierowania słoniem.
  • Można wspierać naturalny rozwój dziecka przez pozwolenie mu na zabawę jedzeniem, wodą, śmieciami, brudzenie się, nicnierobienie. Można wspólnie z nim tańczyć, śpiewać, bałaganić, sprzątać, wariować, gotować, zamieniać się rolami, przebierać się…
  • Czasem dzieci doprowadzają rodziców do szału. Ale rodzice dzieci też.
  • Nie trzeba być idealnym rodzicem. Najlepszy rodzic jest „jedynie” wystarczająco dobry.

Jak przyznaje sama autorka, każda koncepcja wychowania jest oparta na jakimś założeniu filozoficznym:
„Na styl, w jakim człowiek buduje swoje relacje, także z dziećmi, duży wpływ ma jego życiowa filozofia. To, w co wierzy, jak rozumie otaczający go świat. […] Kiedy dorośli już ludzie stykają się z rozmaitymi poradami na temat wychowania, najczęściej wybierają z nich takie, które potwierdzają ich obraz rzeczywistości i świata.” (s. 38)
Światopoglądowe założenia Dziecka z bliska każą przyjąć, że świat jest przyjazny i bezpieczny, a ludzie dobrzy („ja jestem ok, ty jesteś ok” s. 41). Dzieci rodzą się dobre i zdolne do rozwoju, miłości, przyjaźni, a jeżeli coś po drodze się psuje, jest to wina rodziców, którzy nieświadomie przekazali im zafałszowany obraz świata. Wychowanie dzieci sprowadza się zatem do wspierania ich w naturalnym rozwoju i ograniczenia własnej ingerencji do zapewnienia im bezpieczeństwa.

Wynika z tych założeń, że:
  1. natura jest dobra sama w sobie i nie należy w nią ingerować (jakaś współczesna odmiana pelagianizmu),
  2. zło jest wynikiem błędu poznawczego (intelektualizm etyczny).
Pierwsza teza jest trudna do zweryfikowania. Trzeba by zapytać antropologów, czy ludy pierwotne żyjące w bliskości z naturą rzeczywiście realizują wizję raju utraconego, czy też nie są im obce zwykłe ludzkie wady, jak kłamstwo, nienawiść, zdrada itp. Z drugiej strony, dużej odwagi wymaga zakwestionowanie wartości rozwoju cywilizacji i głoszenie wyższości epoki kamienia łupanego.

Dyskutując z drugą tezą, przytacza się zazwyczaj zdanie Owidiusza: „widzę i pochwalam lepsze, podążam za gorszym”. Każdy, kto będąc na diecie, przeliczył kalorie w czekoladzie, a mimo to ją zjadł, wie, że nie wystarczy rozpoznać coś jako złe, żeby tego uniknąć.

Jedna z najbardziej kontrowersyjnych tez książki Dziecko z bliska dotyczy właśnie rezygnacji z wpajania rozróżnienia dobra i zła.
„Najprostszy sposób budowania dobrych relacji jest oparty nie o pojęcia dobra i zła, które są dość abstrakcyjne i przerażające jak się ma kilka lat, tylko o troskę o potrzeby wszystkich uczestników relacji. Dbałość o osobistą przestrzeń każdego członka rodziny.” (s. 114)
Trochę dziwi, dlaczego psycholog, która tak mądrze pisze o pojęciach autonomii, bliskości, granic w doświadczeniu małego dziecka, uważa, że właśnie pojęcie dobra jest dla niego abstrakcyjne. Stawianie dobrych relacji na miejscu pojęć dobra i zła to relatywizacja moralności i wprowadzenie subiektywnego kryterium: dobre/złe jest to, co mnie (uczestnikowi relacji) się podoba/nie podoba. Dziecko, które biega w zabłoconych butach po siedzeniu w pustym przedziale kolejowym nie zaniedbuje uczestników relacji, ale niszczy dobro wspólne i wyrządza krzywdę przyszłym anonimowym pasażerom, będącym poza relacją.

Agnieszka Stein pisze:
„Stawianie granic poprzez pokazywanie dziecku własnych potrzeb i reakcji jest bardziej pomocne niż konstruowanie wokół dziecka abstrakcyjnych reguł, zasad i zakazów.” (s.113)
Można się sprzeczać o to, czy skuteczniejsze jest „Nie wolno odkręcać kurka od gazu” czy „Nie lubię, jak odkręcasz kurek od gazu”. Ale zarówno w tej sytuacji, jak i gdy dziecko tłucze kolegę łopatką po głowie, informacja „nie podoba mi się to” jest nieadekwatna do sytuacji. Zakaz dotykania kontaktu elektrycznego czy gryzienia siostry nie opiera się na moim subiektywnym odczuciu dyskomfortu, ale na rozeznaniu tego działania jako złego.

Okiem mamy:
Od jakiegoś czasu śledziłam teksty Agnieszki Stein publikowane na portalach dzikiedzieci.pl i dziecisawazne.pl. Ceniłam ją za promowanie szacunku wobec dziecka i jego potrzeb. Po Dziecko z bliska sięgnęłam więc z ciekawością, przekonana, że znajdę tu taką koncepcję relacji z dzieckiem, która jest mi bliska. Jednak już po kilkudziesięciu stronach książki miałam mętlik w głowie, a po jej przeczytaniu stwierdziłam, że poglądy Agnieszki Stein nie są moimi. Mimo wielu cennych inspiracji obraz człowieka zdolnego bez niczyjej pomocy rozwinąć się fizycznie, emocjonalnie, moralnie jest zbyt ryzykowny, żebym miała go wypróbować na własnym dziecku.

wtorek, 30 kwietnia 2013

Pod presją. Dajmy dzieciom święty spokój!



Carl Honoré
Pod presją. Dajmy dzieciom święty spokój!
przeł. Wojciech Mitura
Warszawa: Drzewo Babel, 2011


„Okay, przesunę balet o godzinę wcześniej, gimnastykę przełożę na inny termin i odwołam lekcję fortepianu… A ty przenieś swoje skrzypce na czwartek i daruj sobie trening piłki ręcznej… To nam daje czas na zabawę od 3:15 do 3:45 w środę szesnastego.”  


Ciężko jest być dzieckiem. Współcześnie dzieciństwu poświęca się niespotykaną wcześniej uwagę, a dziecko traktowane jest jako skarb, który trzeba chronić, a zarazem jako projekt, który trzeba rozwijać. Tym cenniejszy, że jego wartość szacowana jest na 300 tys. dolarów, które trzeba wydać, aby zapewnić potomstwu jedzenie, mieszkanie, ubranie, transport, opiekę zdrowotną, dzienną itp.

Komputer w kołysce

Już od narodzin, a nawet wcześniej, maluch jest poddawany różnorodnej stymulacji, mającej zwiększyć sprawność jego mózgu. Służą temu poradniki w rodzaju Cudowne niemowlęta czy Geniusz w kołysce, płyty z muzyką Mozarta, przyczepione do wózka elektroniczne zabawki emitujące dźwięki i światło. Zwykłego misia zastąpił iTeddy, który tym się różni od tradycyjnego pluszaka, że jego brzuszek wypełniają głośniki i kolorowy ekran 1,8’, a dzięki możliwości podłączenia do komputera i ściągnięcia multimediów „zabawa jest jeszcze bardziej ekscytująca”.

Korepetycje dla przedszkolaków

Jeszcze dziecko nie zdąży wyrosnąć ze swoich (edukacyjnych!) zabawek, a już nauka przybiera bardziej zinstytucjonalizowane formy. W doskonaleniu pisania, czytania i liczenia pomogą korepetycje dla przedszkolaków i nie tylko, gdyż tokijskie szkoły korepetycyjne przyjmują już dwulatków. Obniżył się wiek, w którym nauka staje się obowiązkiem, z drugiej strony wymagania stawiane uczniom znacznie wzrosły. Szkoły walczą o najlepsze miejsce w rankingach, rodzice walczą o najlepszą przyszłość dla swoich dzieci. Skutki to ukierunkowanie nauki na wyniki testów, kosztem zajęć ogólnorozwojowych, i nawał prac domowych zadawanych nawet na wakacje i nawet pięciolatkom.

Napięty rozkład dnia

Jeśli jednak szkoła nie wypełni dziecku całego czasu, zrobią to rodzice przy pomocy zajęć tzw. pozalekcyjnych. To przez ich nadmiar na Zachodzie „dziesięciolatki są tak zajęte, że chodzą z palmtopami, żeby się nie pogubić w terminach. Powszechnym zjawiskiem jest obiad lub odrabianie lekcji w samochodzie na pływalnię lub jazdę konną. Jedna z miejscowych matek co wieczór wysyła do męża i dwóch synów e-mail z uaktualnieniem programu następnego dania. Inna przyczepiła kartki z rozkładem dnia do drzwi frontowych i daszka przeciwsłonecznego nad przednią szybą rodzinnego transportera”.

"Na miejsca, gotowi, relaks!"

To tylko niektóre z tematów, które budzą obawy Carla Honoré. W swojej książce pisze też o konsekwencjach oglądania telewizji, braku dyscypliny i wpływie wszechobecnej reklamy. Nie ogranicza się jednak do gorzkich spostrzeżeń, ale śledzi również inicjatywy z całego świata, które mają przywrócić dzieciom dzieciństwo. Przedszkola na wolnym powietrzu, w których dzieci biegają cały dzień po dworze niezależnie od pogody, pomysły na proste zabawki rodem o podwórkowym rodowodzie (np. frog in the hole, którą zainspirowało dwóch nudzących się chłopców), miasto, które organizuje dzień bez dodatkowych zajęć, szkoły korzystające z alternatywnych koncepcji edukacyjnych, a przede wszystkim zdrowy rozsądek rodziców – to wszystko każe mieć nadzieję, że dzieci nie stracą swojego dzieciństwa.


Okiem mamy:

Książkę Carla Honoré szybko się czyta. Autor barwnym językiem opisuje swoje podróże po Chinach, Finlandii, Włoszech i innych częściach świata w poszukiwaniu ciekawych rozwiązań edukacyjnych. Przytacza dziesiątki historii prawdziwych rodzin, które w ten czy inny sposób musiały się zmierzyć z różnymi pedagogicznymi zagrożeniami. Wplata w to ciekawostki historyczne i statystyki. I pisze lekkim, wciągającym dziennikarskim stylem.

Brakuje jednak analizy przedstawionych zjawisk i ich przyczyn. Honoré poprzestaje na barwnym opisie i choć próbuje odpowiedzieć na pytanie, dlaczego tak się dzieje, to nie rozwija swoich tez i nie wychodzi poza konwencję pisania lekko, łatwo i przyjemnie.

Oczywiście, ta książka opisuje jakiś ułamek naszego świata. Większość dzieci na naszej planecie nie ma raczej dylematu, czy zrezygnować z warsztatów „Młody naukowiec”, żeby zdążyć na lekcje francuskiego. Pod presją odbiega też od polskich realiów, chociaż warto zastanowić się, czy przypadkiem nie wszystko przed nami.
 


czwartek, 25 kwietnia 2013

Nie przydeptuj małych skrzydeł. O niezamierzonych zranieniach



Katarzyna Wnęk-Joniec
Nie przydeptuj małych skrzydeł. O niezamierzonych zranieniach 
Warszawa: Wydawnictwo Akademickie „ŻAK”, 2007

Ukazało się już trzecie, zmienione wydanie książki (Kraków: Wydawnictwa Oświatowe, 2013).







 
Króciutka (sześćdziesiąt cztery strony) książeczka w formie dwudziestu dwóch rad udzielanych rodzicowi przez dziecko. Autorka (psycholog i mama) promuje w niej wrażliwość na potrzeby dziecka.
  • Uczy dostrzegać wyjątkowość dziecka, czasem trudną do przyjęcia przez rodzica („nie lubię basenu, nie mam odwagi zjechać ze zjeżdżalni, a mój rowerek ma wciąż cztery kółka…” s. 13).
  • Zachęca do szacunku – bez przezwisk (nawet tak „niewinnych” jak „głuptasek” czy „beksa”), obmawiania (zwłaszcza w obecności dziecka) czy wyśmiewania.
  • Pokazuje, jak dziecko wspierać – poprzez proste „kocham cię”, przytulanie, zgodę na okazywanie emocji, także tych negatywnych (pojawia się kilka ciekawych wskazówek: narysowanie złości, miejsce do rzucania pluszakami, tupanie, oglądanie złości w lusterku).
  • Mówi o wychowaniu poprzez rozmowę, oswajanie lęków, przygotowywanie dziecka do ważnych zmian (np. pójście do przedszkola), dawanie czasu zamiast kolejnych zabawek.
  • Zauważa potrzeby rodzica. Rozdział „Pozwól sobie na błędy” mówi o tym, że nie ma idealnych matek i ojców i epizodyczny wybuch złości rodzica nie zrobi dziecku krzywdy.

Okiem mamy:
Książka promuje bardzo piękną, wręcz wzruszającą, wizję rodzicielstwa. Niektórym internetowym recenzentkom aż łza się w oku zakręciła. Moje zastrzeżenia dotyczą sposobu, w jaki to robi. Większość czasowników w tekście występuje w trybie rozkazującym: „nie pozwól”, „nie oceniaj”, „nie przekreślaj”, „nie rozczulaj się”, „naucz mnie”, „przytul mnie”. To tylko kilka pierwszych z brzegu. Dlaczego dziecko-narrator książki zwraca się w takiej formie do rodzica? A gdzie jest wrażliwość na potrzeby dorosłego, choćby na potrzebę szacunku, akceptacji, bycia nieetykietowanym?

Już sam podtytuł książki („O niezamierzonych zranieniach”) sugeruje, że bycie rodzicem to przede wszystkim (niezamierzone i nieuświadomione) krzywdzenie swojego dziecka. Z treści dwudziestu dwóch rozdziałów jeszcze dobitniej wynika, że lista grzechów lub co najmniej zaniedbań rodziców jest długa: „słowa, które zabijają”, narzucanie swojej wizji, włączanie nieodpowiednich filmów, klapsy, ciągłe zakazy, itp.

Autorka pisze: „Jeśli wciąż będę napotykał Twoje >nie rób<, >nie ruszaj<, >nie wchodź<, >nie skacz<, >stój spokojnie<… stanę się marionetką. Przestanę być mocnym, radosnym dzieckiem. Stanę się smutnym, małym człowiekiem” (s. 46). Bardzo mądra rada, którą chciałabym zadedykować wszystkim psychologom i autorom podręczników dla rodziców z panią Wnęk-Joniec na czele (należy jedynie zastąpić słowo „dziecko” słowem „rodzic”, a w miejsce wymienionych czasowników wpisać fragment jakiegokolwiek poradnika).

Blog o książkach dla rodziców



Co proponuje rynek wydawniczy na temat rodzicielstwa. Co warto przeczytać, a co niekoniecznie. Gdzie szukać inspiracji, a z czym polemizować.


Lubię książki i lubię być mamą. Dlatego oprócz powieści, reportaży i esejów czytam książki o rodzicielstwie. Czytam wtedy, kiedy mały chłopiec jest czymś zajęty – przy karmieniu i w piaskownicy. W tym blogu będę zamieszczać recenzje przeczytanych książek: poradników, książek kucharskich, opracowań naukowych. W części „Okiem mamy” o bardziej osobistym charakterze znajdą się moje prywatne, często trochę emocjonalne, uwagi.